Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 października 2015

Recenzyjki: Starter, Girl Online, Chłopcy, Wielki Gatsby

Recenzyjki to cykl postów, w których recenzuję kilka książek na raz. Są to opinie ujęte w kilku zdaniach bez zbędnego wdawania się w szczegóły.
Tym razem bez zdjęć, gdyż platforma się buntuje. Udało mi się wstawić tylko jedno na końcu


Starter
Jesteś biednym acz młodym i względnie pięknym Starterem? Idź do banku ciał, wynajmą cię starzy Enderzy, którzy chcą przeżyć drugą młodość. Zaśniesz, a w mgnieniu oka się obudzisz bogatszy. Czysty zysk. Aż pewnego razu, ktoś się obudzi. Nie wie gdzie jest ani dlaczego. W głowie ma jakiś głos. Wszyscy chcą go zabić. On chce kogoś zabić. Trzeba wspomnieć, że to dziewczyna.Chyba musi uratować i zabić kilka istnień.

Od początku do końca coś się dzieje. Pełno zwrotów akcji, wypieki na twarz, gorączkowe przewracanie stron, lekkie pióro i już mamy przykład świetnej powieści dla młodzieży. No cóż, jest epicka, ale zdecydowanie nie dla dorosłych, którym najpewniej nie przypadnie do gustu. Czekam na następną część. 9/10

Girl Online
Penny uwielbia fotografię i pod pseudonimem prowadzi bloga, gdzie dzieli się swoimi przemyśleniami. W jej życiu prywatnym ostatnio wiele się dzieje i są to głównie upokorzenia. Pewnego dnia jej rodzice dostają zlecenie zorganizowania ślubu w Nowym Jorku. Penny ze swoim przyjacielem jedzie wraz z nimi. Podczas przygotowań spotyka chłopaka. Od tej pory zmieni się wszystko, a potem okaże się, że to nie koniec niespodzianek.

Z tą książką było dokładnie tak jak podejrzewałam. Lekka, przyjemna, typowo dla nastolatek. Makabrycznie płytka, ale mimo wszystko spodobała mi się ogromnie. Styl pisania autorki jest bardzo prosty w odbiorze i książkę czyta się dzięki temu szybko. Historia również nie jest wymagająca, ale dość ciekawa jak dla młodzieży. Bohaterowie nie są fenomenalnie nakreśleni, ale mimo wszystko bardzo się z nimi zżyłam. Smutno by było nigdy ich już nie spotkać, więc wyczekuję kolejnej części. 9/10


Chłopcy
Ciąg dalszy przygód Piotrusia Pana według Jakuba Ćwieka rysuje się w ponurych barwach. Dzwoneczek opiekuje się zgrają dorosłymi na ciele Chłopcami, którzy wyrośli na motocyklistów. Jest to ten typ ubrany na czarno, w skóry i ze zjawiskowymi maszynami. Całość doprawiona odrobiną magii daje mieszankę absolutnie wspaniałą.

Wszyscy znają osławioną historię Nibylandii. Ciąg dalszy mógł być różny, ale większości zapewne wydawał się on sielankowy. Ćwiek mówi nie i ubiera w skóry Chłopców, jednocześnie robiąc z dzwoneczka seks bombę. Ostry język, zwroty akcji, świetny styl, wciągająca i oryginalna historia - przepis na powieść doskonałą. Mimo to, na początku jakoś nie mogłam się wpasować. Wprowadzenie było nie najlepsze moim zdaniem, bo pogubiłam się już na starcie. Po stu stronach zaczęłam czerpać nie pohamowaną przyjemność z tej książki. Mogę polecić, zdecydowanie. 7/10

Wielki Gatsby
Nike mieszka nieopodal pięknej, bogatej willi, gdzie co wieczór odbywają się wystawne przyjęcia. Większość gości nawet nie zna ani nie zamieniło słowa z gospodarzem, panem Gatsbym. Nike obserwuje te przyjęcia z ogromnym zainteresowaniem. Pewnego dnia odkrywa zaskakujące powiązania między panem Gatsbym, a swoją przyjaciółką.

Wielki Gatsby to najważniejsza powieść XX wieku. Nie do końca łapię dlaczego. Idea nie bardzo do mnie przemawia. Na szczęście nie stanęło to na przeszkodzie i w gruncie rzeczy podobała mi się. Fabuła choć dość ciekawa, nie jest zachwycająco intrygująca. Styl pisania jest inny ze względu na okres w jakim książka została napisana. Przypadł mi do gustu. Bohaterowie ciekawi i barwni. Szczególnie zżyłam się z jednym z nich. Pan Gatsby. Cudo. Zakończenie (mimo, że napisałam ostatnie zdanie) to wisienka na torcie. Tego potrzebowała ta powieść. Nie fenomenalna, ale na tyle krótka, że nie zdążyło powiać nudą. Z jakiegoś powodu mam przekonanie, że jeszcze do niej wrócę, choć nie podobała mi się szczególnie. 7/10



  Jeśli chcecie poznać szerszą opinię o którejś książce - piszcie, a być może pojawi się dłuższa wersja :)

piątek, 21 sierpnia 2015

50 twarzy Juliana Sorela, czyli "Czerwone i czarne" - Stendhal



Dzisiaj przychodzę do Was z kolejnym klasykiem, odświeżonym przez wydawnictwo MG. Jak zawsze wydanie woła Czytelnika. Mój ulubiony papier i czcionka dodają uroku nawet najgorszej powieści. Być może to dlatego decyduję się recenzować klasyki literatury. Z reguły wychodzi mi to na dobre, bo klasykę trzeba znać i okazuje się nie taka straszna. Oczywiście są wyjątki, czyli książki, przez które nie sposób przebrnąć.

środa, 19 sierpnia 2015

Profesor Wilczur - Tadeusz Dołega-Mostkowicz



Recenzja zawiera spojlery do pierwszej części, czyli Znachora. Jeśli czytałeś tę książkę lub oglądałeś ekranizację, bez problemu możesz czytać dalej.

Recenzowałam pierwszą część, tj. Znachora w marcu tego roku, kiedy wydawnictwo MG w swoim cyklu wznawiania klasyków, postanowili odświeżyć także powieść Tadeusza Dołęgi-Mostkowicza. Kilka dni wcześniej ktoś polecał mi tę pozycję, więc skusiłam się na nią. Jak wynika z mojej recenzji, do której link podaję TUTAJ podobała mi się, nawet bardzo. Jak to było z kontynuacją?

Rafał Wilczur po odzyskaniu pamięci, przenosi się znowu do Warszawy. Wraca do swojej kliniki, ale zawistni ludzie próbują go z niej wygryźć. W wyniku nieszczęśliwego wypadku, Wilczur zostaje oskarżony o spowodowanie śmierci pacjenta i zmuszony do zapłacenia wysokiego odszkodowania. Po tym wraca na wieś, a u boku ma młodą lekarkę, Łucję, która niewątpliwie żywi do niego jakieś uczucia. Ale czy związek w wieku Wilczura ma rację bytu, zwłaszcza z tak młodą kobietą? Czy profesor odzyska poważanie? Zjedna sobie wrogów? Jakie perypetie czekają jego i Łucję na wsi? Czy wróci do Warszawy?

W przeciwieństwie do mojego pierwszego spotkania z tym autorem, kiedy styl nie przeszkadzał mi i przypadł do gustu, tym razem nie mogłam się wpasować i szło mi to z początku opornie. Potem już się przyzwyczaiłam i mogłam czerpać całkowitą przyjemność z czytania. Przyznam, że nie tak widziałam przyszłość Rafała Wilczura, który po wielkim powrocie powinien znaleźć żonę i żyć niedaleko odnalezionej kochającej córki i zięcia oraz znowu zbijać duże pieniądze na swojej pracy, bo nie można zaprzeczyć, że ma fach w rękach. Czytałam ją dość długo, ale w końcu myślę, że jest niezła. Nie wybitna, ale dobra. Zdecydowanie gorsza niż pierwsza część, ale nie znacznie.

Nie mam tej powieści nic do zarzucenia. To że nie jest tak dobra jak pierwsza część, nie znaczy, że sama książka jest kiepska. Co ważniejsze dotyczące głównego bohatera wspomniałam już przy okazji opinii o pierwszej części, więc jeśli nie czytaliście jej, to zapraszam, ponieważ wiele co się tyczy Znachora jest kontynuowane w Profesorze Wilczurze. W tej powieści pojawiają się nowi bohaterowie, a kilku, których już znamy powierzchownie, poznamy bliżej. Jest to o tyle ciekawe, że wyraźnie widać, jak pozory mylą. Subiektywnym minusem są dwie rzeczy, a mianowicie postać Łucji, która mnie irytowała oraz zakończenie, przez które czuję niezdrowy niedosyt.

Profesor Wilczur mnie nie powalił. Jest nieco gorszy od poprzednika i jednocześnie dłuższa. Już tradycyjnie, gdyż mówię o tym zawsze przy książkach wydawnictwa MG, wydanie jest prześliczne i co najważniejsze, pasujące do pierwszej części. Ogólnie okładki obu tomów przypadły mi do gustu nie wspominając po raz enty o moim ulubionym papierze i czcionce. Mimo wszystko sądzę, że warto było przeczytać tę powieść i nie zraziła mnie do kolejnych pozycji tego autora. Jedna z nich już nawet czeka na półce :)




Za książkę dziękuję wydawnictwu:

środa, 18 marca 2015

Znachor - Tadeusz Dołęga - Mostkowicz [premierowo]



Jestem świeżo po lekturze i powiadam - tę powieść trzeba przeżyć.

Kiedy dostałam propozycję zrecenzowania "Znachora" zgodziłam się natychmiast, chciałam to zrobić jak najszybciej. Byłam zaintrygowana tą pozycją, ponieważ kilka dni wcześniej ktoś bardzo mi ją polecał. Wyczekiwałam jej z niecierpliwością, a moja ciekawość wzrosła wraz z pierwszym rzutem oka. Typowo dla wydawnictwa MG wydanie jest przepiękne, okładka jak i moja ulubiona czcionka, którą często raczy nas to wydawnictwo w swojej serii klasyków - wszystko na swoim miejscu, a grafika wyśmienicie ukazuje fabułę. W tym miejscy docieramy do sedna, czyli tego co jest w powieści. Moje oczekiwania nie zostały zawiedzione.

Wraz z pierwszym zdaniem kiwnęłam głową z uznaniem. Potem wszelkie bodźce zniknęły, wsiąknęłam w tekst stając się częścią obrazu. Od razu muszę docenić głównego bohatera, Profesora Rafała Wilczura. Jest świetnie wykreowany, przechodzi wiele przemian wewnętrznych jak i zewnętrznych, rozwija się cały czas. Jest wybitnym chirurgiem, ma sławę, pieniądze, śliczną córeczkę i żonę, którą bardzo kocha. Co łączy Profesora Wilczura, zamożnego i eleganckiego lekarza i Antoniego Kosibę, który nie ma nic i tuła się po świecie w końcu trafiając na posadę wiejskiego znachora? Tutaj niespodzianka. To ta sama osoba, a w obu wersjach budzi sympatię swoim usposobieniem i empatią.

Po odejściu żony i tym samym utracie swojej córeczki, profesor ulega wypadkowi podczas próby rabunku. Kiedy się budzi nie ma pojęcia kim jest, jak się nazywa, skąd się tam znalazł i dlaczego stracił pamięć. Zmuszony jest wędrować od wioski do wioski bez przeszłości i dokumentów trudniąc się różnorakimi pracami. W końcu kradnie dokumenty, automatycznie stając się Antonim Kosibą. Z tym nazwiskiem trafia do pewnej wioski, znajduje tam pracę i żyje mu się dobrze. Poznaje kalekiego chłopaka, na którym przeprowadza udaną operację. Od tej pory sława Antoniego Kosiby jako znakomitego Znachora rośnie. Przeszkadza mu tylko miejscowy, zawistny lekarz, który grozi mu sądem za nielegalne praktyki.

Fabuła jest bardzo interesująca, język choć nie współczesny płynie i czyta się go szybko. Dzięki tym czynnikom powieść staje się bardzo przyjemna. Ponoć Tadeusz Dołęgi - Mostkowicz jet mistrzem ciekawych fabuł, a po tej lekturze jestem w stanie w to uwierzyć.

"Znachor" to mądra książka o ludzkim cierpieniu, ludzkiej dobroci i miłości. Są w niej zawarte duże wartości.W książce także przedstawione życie ludności wiejskiej w ówczesnym okresie. Zachowania, zwyczaje, mentalność. Dla kontrastu mamy także rodzinę z wyższych sfer. Przedstawia bardzo smutną i trudną historię, ale z wielkim przesłaniem i pozytywnym nastawieniem w tle, nie przeszkadza to w przyjemności czytania, bo o ile temat jest trochę trudny, to jak przedstawił go autor jest niebywale lekki.

Wiecznie żywa i ponadczasowa historia, która jeżeli zostałaby wydana teraz spotkałaby się z falą krytyki. "Znachor" to wprost bajka. Jest w niej wszystko co w dobrej bajce być powinno - kryształowo szlachetni ale i do szpiku kości zepsuci bohaterowie, zakazana miłość bogatego panicza do ubogiej dziewczyny, tragedia, cierpienie, a na koniec triumf sprawiedliwości. Chwyta za serce. Polecam tym, którzy lubią uronić łzę przy czytaniu.Polecam wszystkim.
Dzisiaj mamy premierę wznowionego wydania. Sięgniecie po nie?

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu MG
 






Książka została wydana pierwszy raz w 1937, więc bierze udział w wyzwaniu:

poniedziałek, 16 lutego 2015

Zbrodnia i kara [przedpremierowo]

Raskolnikow... ach, mój drogi Rodionie Raskolnikow! Ślubuję ci miłość po wsze czasy!
Po tak dramatycznym wstępie, zapewne nie trudno zgadnąć, że główny bohater słynnej powieści Fiodora Dostojewskiego skradł moje serce popełniając przy tym zbrodnię. Nie ominie go także kara! Będę wracać do tej książki nie jeden raz i maltretować Raskolnikowa, aż mi się znudzi ( o ile to możliwe).
 Czy da się mówić o takiej klasyce, przedmiocie znienawidzonym przez wielu uczniów? Czy da się oceniać takie dzieło? Udało mi się z "Lalką", więc może uda mi się i tym razem. Wielu z was, o ile nie wszyscy, znacie tę powieść. Czytaliście ją z przymusu lub z własnej woli. Znacie całość lub fragmenty. Wiecie o czym opowiada i wiecie też, że nie jest nowością, a treść jest dla wszystkich chociaż w najmniejszym stopniu znana.
Najnowsze wydanie nakładem wydawnictwa MG jest zupełnie czymś nowym. Okładka jest wesoła i kolorowa, więc nawet najtwardszy przeciwnik książek będzie chętnie sięgać po tę książkę, a kiedy już to zrobicie pokochacie tę lekturę.
Nie sądziłam, że książka z dziewiętnastego wieku może tak mi się tak spodobać. Niewątpliwie jest to jedna z najlepszych książek, które dotychczas czytałam. Wciągnęła mnie niesamowicie i ciężko było mi się oderwać. Niestety musiałam od czasu do czasu przerwać, bo książka jest dosyć długa i ciężko byłoby czytać nieprzerwanie, aczkolwiek czytałam to z wręcz masochistyczną przyjemnością.
Jest to jedna z tych książek, które za każdym razem przekazują nam coś innego. Zawsze będzie to ta sama historia, a jednak inna. Jedna z tych, które trzeba i warto znać. Jedna z tych, które pokochasz.
  W pewnych momentach zachowania niektórych bohaterów wprawiały mnie w ogłupienie i zastanawiałam się, czy powinnam się śmiać czy płakać, aczkolwiek było to pozytywne.
"Miłość od pierwszego słowa" to chyba najlepsze określenie. Nie jest to lekka lektura, a jednak ja tak ją odczułam. Nie męczyłam się z nią i przewracałam strony z przyjemnością. Szkoda, że nie jest ona dłuższa, ale przeczytam także pozostałe książki Dostojewskiego.
Nie wiem jak Wy, ale jak dla mnie, to wydanie jest obowiązkowe. Premierę ma już 28 lutego. Jest to świetny prezent dla kogoś, jak i dla siebie. Na półce cieszy oczy, a treść niesamowicie urzeka. Po prostu musicie przeczytać tę książkę, jeżeli jeszcze tego nie zrobiliście.
Czytacie ten tekst dzięki wydawnictwu MG


poniedziałek, 9 lutego 2015

Lalka



"Lalka", czyli pogromca uczniów. Wielu skazanych było lub będzie na tę książkę, co (wiem z własnego doświadczenia) może najlepszą powieść zamienić w gniot, bo chyba nikt nie lubi czytać czegoś pod kogoś dyktando. Dlatego na początku radzę: zanim każą Ci przeczytać to w szkole - zrób to wcześniej na własną rękę. Jeżeli Ci się nie spodoba - i tak będzie to mniejsze zło, jeżeli Cię zachwyci - wspaniale! A może masz ją już za sobą? No cóż, czy to dobrze czy nie, musisz zdecydować sam. Ja sama doszłam do wniosku, że nie odważę się wytykać błędów w książce, która ma już tyle recenzji, a nawet powstałe na jej temat prace naukowe. Wyrażę więc swoją krótką subiektywną opinię oraz kilka słów o wydaniu. Ale zanim to zrobię; zapytałam o tę pozycję parę osób, a oto czego się dowiedziałam:
 To jedna z niewielu książek przy których strasznie się męczyłam, a zachowanie głównego bohatera irytowało mnie nawet bardziej niż zachowanie Łęckiej.

 Jak dobrze pamiętam z liceum, to jedyna w całym kanonie lektur którą nie przeczytałam do końca, dosłownie usypiałam przy niej. Długie i nudne wątki, dużo opisów nie zawsze coś straktucyjnego wnoszącego w fabułę.

  "Lalka" spoczęła obok "Dziadów" na cmentarzysku książek nieprzeczytanych. Nie dałam rady. Filmu również nie dałam rady obejrzeć. Dodam, że książki i filmy ukazujące ówczesne problemy społeczne uwielbiam. Tylko ta "Lalka" mnie pokonała. 

  Na pierwszy rzut oka widać, że "Lalka" to nie ideał, przecież gdyby tak było, wszyscy by ją lubili. Ale nie myślcie, że usłyszałam same narzekania:

Jedyna lektura w ostatniej klasie liceum, którą przeczytałam z przyjemnością i byłam zachwycona.


Jedna z moich ulubionych lektur. Mimo durnego zauroczenia Wokulskiego, to lubiłam jego dusze, która była z pogranicza romantyzmu i pozytywizmu. Uwielbiałam postać Rzeckiego, który miał swoje wartości i ten moment, gdy krzywo patrzono na niego, jako niemodnie ubranego człowieka. Na tle ogromnej ilości sprzedawalnej hołoty byli najlepszymi jednostkami.

 
Jak dla mnie najlepsza książka jaka powstała w Polsce kiedykolwiek. Przeczytałem pod wpływem zachwytów mojej znajomej, i bardzo jej dziękuję. Sam opis świata, nieco przewrotne życie Wokulskiego, relacje międzyludzkie i życie Rzeckiego - a wszystko we wspaniałej polszczyźnie. Piękna rzecz.


 Ja byłam zachwycona.. Naprawdę wszystko mi się w niej podobało, a kiedy kończyłam byłam zrozpaczona, że to już koniec.



No, dobrze znamy opinię innych, ale to chyba powinna być moja recenzja, prawda? Owszem.

Moim zdaniem ta powieść jest godna uwagi. Przyznam, że i mnie Wokulski lekko irytował co nie będzie mi przeszkadzać w ponownym przeczytaniu "Lalki", bo na pewno do niej wrócę. Mimo wszystko Wokulski to nic w porównaniu do zachowania Łęckiej, która denerwowała mnie nie na żarty. Za to Rzecki? To niewątpliwie mój ulubiony bohater.Kocham go! Jest wprost bezbłędny!

Fabuła wcale nie kręci się wokół uczucia Wokulskiego do Łęckiej, choć jest bardzo istotne. Gdybym miała znosić tę kobietę przez całą lekturę - trafiłaby ona w ścianę po kilkudziesięciu stronach.

W każdym razie - powieść bardzo mi się podobała i polecam ją całym sercem. Wiadomo, że styl jakim napisana jest "Lalka" nie będzie zbyt nowoczesny, ale jak można się temu dziwić? Książka jest niewątpliwie ponadczasowa, ale niektórych elementów po prostu nie zmienimy.



Ale największą uwagę chciałabym zwrócić na wydanie, które otrzymałam od wydawnictwa MG. Wow, to dopiero coś! Niewątpliwie najładniej wydana "Lalka". Okładka rzuca się w oczy i jest niezłą cegiełką - między książkami nie zginie! Okładka jest kolorowa, zachęca i aż chce sięgnąć po tę powieść. Nawet jeżeli nie masz jeszcze tego egzemplarza bez względu na to czy posiadasz inny - to musisz mieć! Jestem bardzo zadowolona, że mam takie gustowne wydanie.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu MG

niedziela, 18 stycznia 2015

I nie było już nikogo



Dziesięciorgu ludzi zostaje zaproszonych na Wyspę Żołnierzyków jako gości państwa Owen - domniemanych właścicieli wyspy. Właściwie żadne z nich nie wie, czy zna te osoby czy może nie, ale przedstawiają one w swoich listach dowody mogące świadczyć o tym, że rzeczywiście się znają. Kiedy docierają na miejsce, państwa Owen nie zastają, na wyspie jest tylko małżeństwo służących. Wszyscy są zaskoczeni, że przyjechało tyle osób - w dodatku nie znajomych. Już pierwszego dnia zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Pierwszy trup, znikające ze stołu figurki i wierszyk - jego zwrotka jest łudząco podobna do sposobu śmierci pierwszego człowieka. Potem jest jeszcze dziwniej, niebezpieczniej i straszniej. Najgorsze jest to, że można się wydostać z tej bezludnej wyspy.




Kilka dni temu recenzowałam klasykę SF - "Planetę Małp". Dzisiaj przychodzę do Was z kolejnym klasykiem, tym razem kryminału. Chyba nie trudno się domyślić o kogo chodzi - Agatha Christie. Z jej dorobku wybrałam jedną z pozycji - "I nie było już nikogo" znaną także jako "Dziesięć murzyniątek". Nie znałam wcześniej tej autorki - choć niejednokrotnie chciałam to zmienić, zawsze znajdowało się coś innego do zakupienia. Tym razem, kiedy odwiedziłam Empik po raz trzeci w ciągu trwającej promocji, pomyślałam, że skoro tyle zaoszczędziłam na pozostałych książkach to nic się nie stanie jeżeli w końcu kupię coś Agathy Christie. Zapewne nawet bym o tym nie pomyślała, gdyby nie to,że dzień wcześniej przyjaciółka radziła mi pod groźbą "focha", żebym koniecznie poznała tę autorkę. Chwyciłam więc pierwszą z brzegu książkę nie czytając uprzednio nawet opisu - i oto jest! Teraz jestem zawiedziona - dlaczego wcześniej nie zaczęłam czytać tej autorki?!

Posiadam nowe wydanie ze zmienionym tytułem i zmienionymi paroma istotnymi szczegółami - o tym muszę napomknąć już na wstępie, ponieważ najbardziej mnie to drażni. Zapytałam mojej przyjaciółki, dlaczego wcześniejszy tytuł jest taki, a nie inny, przecież wierszyk jak i nazwa wyspy mają w sobie żołnierzyków, a nie murzyniątek. Wtedy doszłyśmy do wniosku, że:

a) nazwa wyspy została zmieniona

b) wierszyk też jest inny, choć nie całkowicie

Jak dla mnie wersja, którą ja mam jest lepsza, ale kto co lubi.

Bohaterów poznajemy kiedy siedzą w pociągu zmierzającym na Wyspę Żołnierzyków, a raczej do portu, gdzie ma ich zabrać łódź. Każdy z nich ma swoje przemyślenia na temat gospodarzy oraz celu ich wizyty. Każdego poznajemy już dosyć dobrze, po stosunkowo krótkich monologach wewnętrznych. W opisie fabuły,aby nie przedłużać nie wspomniałam, że każdy z dziesiątki na wyspie - włączając w to dwoje służących - ginie po kolei zgodnie ze sposobami w wierszyku. Na początku bohaterowie myślą, że to pan Owen stoi za wszystkimi morderstwami, ale po dokładnym przeszukaniu nie wielkiej wyspy i domu nikogo nie znajdują. Staje się jasne, że zabójcą jest jeden z nich. Przyznam, że nigdy w życiu nie spodziewałabym się takiego rozwiązania. Przecież nuż wykluczyłąm tę postać z kręgu podejrzanych,a tu co? Pudło. Autorka tak snuje opowieść, aby niczego nie być pewnym do końca, zakończenie było nie małym zaskoczeniem, sprawia, że czyta się z zapartym tchem nie mogąc się oderwać, aż do końca przyprawiając to odrobiną obawy u Czytelnika. Christie doskonale buduje napięcie. Jej bohaterowie są żywi, barwni i ciekawi. Na tyle postaci, gdzie można było się solidnie pogubić w tylu cechach na raz i w jednym miejscu, każdy był inny. Może nie zżyłam się z żadną postacią, ale w kryminale nie byłoby to też tak na miejscu jak przy powieściach innego gatunku. Poza tym nie było ku temu okazji; wiadomo, że zaraz zginie, a i narracja prowadzona jest na przemian z perspektywy każdego z bohaterów. Choć powiem szczerze, że całość odwraca uwagę od bohaterów - i ta całość bardzo mi się podoba.

Powieść nie jest przydługa, bo nie oszukujmy się, że wiele kryminałów przez pół książki przypomina powieść obyczajową, a pomiędzy czymś ciekawym mijają cenne strony - tutaj wszystko było wykorzystane co do słowa. Każdy wyraz był po coś, był cenny dla fabuły i ogólnie całości. Nie nudziłam się ani przed chwilę.

Jeżeli poznać rozwiązanie zagadki, to tylko przywiązując wagę do szczegółów - chociaż zapewne i tak będziesz pewny, że od początku wiesz kto zabija, a na koniec i tak docenisz przebiegłość autorki. Tak właściwie, to nawet główni bohaterowie nie dowiedzieli się kto popełnia zabójstwa.

Bardzo polecam, nie tylko miłośnikom kryminału. Dreszczyk emocji gwarantowany, a może uda ci się trafić z rozwiązaniem? Nie licz, że jakoś do tego dojdziesz w ciągu fabuły - na początku wybierz jedną postać i obstawiaj tę osobę do samego końca, bez względu na to co się stanie - w przeciwnym wypadku Twoje szanse są niższe niż zero i zapewniam Cię, że tak właśnie jest. Na pewno niebawem przeczytam kolejną powieść tej autorki - Teraz już obowiązkowo!

sobota, 10 stycznia 2015

Planeta Małp



Klasyka literatury science fiction już odhaczona! Bo czymże jest wzorowy czytelnik bez podstaw literatury? SF to zazwyczaj gatunek przeze mnie omijany, właściwie nie ma ku temu szczególnego powodu, stwierdziłam, że to nie dla mnie i tyle, ale może zmienię zdanie. W swojej biblioteczce powieści z tego gatunku też nie jest wiele. Właściwie tylko "Planeta Małp" - przedmiot dzisiejszej recenzji oraz "Tatuaż z lilią", który właściwie tylko pod koniec ma związek z tego typu literaturą, a i tak podciągam ten wątek. Przejdźmy więc do rzeczy.

Zacznijmy od tego, że spodziewałam się czegoś innego. Wcześniej nie oglądałam filmu, więc czytałam "w ciemno". Sięgnęłam po nią tylko dla tego, że w Empiku było na nią obniżka o połowę, pomyślałam więc, czemu nie. Ta powieść była dla mnie zaskoczeniem. Naprawdę sądziłam, że będzie więcej akcji. Nie było to może nudne, ale na pewno nie tak dynamiczne jak chciałam. Myślałam, że będzie to opis wojny, walki przeciwko cywilizacji małp i tego typu sprawy, a dostałam list w butelce. Nie było to może głębokie rozczarowanie, ale tak to jest, kiedy człowiek nie zaznajomi się bliżej z treścią i zasugeruje okładką.

Jeżeli już jesteśmy przy aspekcie wizualnym, muszę powiedzieć, że z wszystkich wydań jakie widziałam na portalu lubimyczytac.pl zdobyłam najładniejsze. Okładka filmowa jest zdecydowanie lepsza od pozostałych. Ja mam akurat wydanie liczące dwieście stron, ale inne mają też np. sto sześćdziesiąt, z tego co się orientuję.

Akcja zaczyna się, kiedy pewna para dryfuje na statku w kosmosie, w ten czas nie jest to nic nadzwyczajnego, aczkolwiek są oni wyposażeni w najnowsze technologie. Pewnego dnia widzą coś przed sobą, dostrzegają, że to butelka. Często wyławiają z przestrzeni różne rzeczy, więc i tym razem postanowili ją złapać. Okazało się, że zawiera ona dokument, w którym opisane są dzieje człowieka - Ulissesa Merou, który wraz ze swoimi towarzyszami udaje się w daleką podróż na nieznaną planetę. Jest ona łudząco podobna do Ziemi - ta sama roślinność, skład powietrza, podzielność na kontynenty i morza, dlatego nazywają ją Sorror, co znaczy siostra. Spotykają tam istoty wizualnie podobne do ludzi, ale w ich oczach nie widać nawet iskierki zrozumienia. Wściekają się na widok ubrań i wszystkiego co jest dziełem ludzkich rąk na ziemi. Istoty te nie mówią, nie potrafią się nawet uśmiechać, są tak bezmyślne i żyją jak zwierzęta. Ale nie to jest najdziwniejsze. Okazuje się, że to nie jedyni mieszkańcy tej planety. Prawda jest o wiele dziwniejsza.

Bohaterowie przypadli mi do gustu, byli przyjemni, ale nie zżyłam się z nimi, cały czas pozostawali tylko fikcyjnymi postaciami z powieści. Większość postaci to małpy, co zapewne nie będzie spojlerem, przecież tytuł mówi sam za siebie, jednak nie mogłam jakoś sobie tego wyobrazić. Myślę, że to wina tego, iż ich odmienność od ludzi nie była zaznaczana dostatecznie często, zachowaniem nie różnili się od człowieka, więc często przyłapywałam się na tym, że czytam to jakby było o ludziach.

Jak już wspomniałam, nie ma w niej zbyt dużo akcji. Cały czas coś się dzieje, ale są to raczej przełomy umiarkowane, żadne walki, spory czy rozlew krwi. Było tu dużo z powieści przygodowej, przyjemnej z resztą.

Autor pisze językiem lekkim, zrozumiałym, który szybko się czyta. Krótka książka i dobry styl sprawiły, że pochłonęłam ją natychmiast. Trochę szkoda, bo bardzo mnie wciągnęła i chętnie kontynuowałabym podróż z Ulissesem.

Mogę ją polecić każdemu, nawet tak niezaznajomionego z literaturą science fiction jak ja. Nie jest to powieść bez wad, aczkolwiek miło spędziłam przy niej czas, nie jest wybitna, ale przyjemna i nie żałuję, że ją przeczytałam. Na pewno ją zapamiętam i wrócę do niej jeszcze nie raz. Zwłaszcza końcówka mnie zaintrygowała, kiedy dowiedziałam się co Ulisses zastał tam gdzie się znalazł (nie będę spojlerować, choć zapewne większość z Was już wie z filmu, jeżeli nie książki) i kim był para w kosmosie. Bardzo ciekawa, lekka lektura, która mocno wciąga.

piątek, 25 kwietnia 2014

Ania z Zielonego Wzgórza - klasyka

Ania z Zielonego Wzgórza to pierwsza, a zarazem najsłynniejsza część cyklu.
W wyniku pomyłki lub zrządzenia losu sierota Ania Shirley trafia do domu Maryli i Mateusza Cuthbert na Zielonym Wzgórzu na Wyspie Księcia Edwarda. Dorasta, idzie do szkoły i co rusz wpada w tarapaty...

Tę książkę zna chyba każdy, a z pewnością wszyscy o niej słyszeli. Jest ona lekturą szkolną, jednak nie tym kierowałam się w mojej ocenie, gdyż czytać książek na siłę nie lubię. Całokształt powieść w mojej ocenie wypadł na prawdę blado. Fabuła byłaby ciekawa, ale do tego potrzebne jest jeszcze kilka szczegółów, które jak się okazuje są bardzo istotne.
Bohaterowie są nie dokładnie przedstawieni. Nie poznajemy ich do końca, gdy nie grają jakiejś znaczącej roli w wydarzeniach, a tak nie powinno być. Sama Ania bardzo mnie irytowała swoim zachowaniem. Tak wiem, o to chodziło autorce, aby była nieznośna, ale czytelnik nie powinien tego widzieć nawet, w każdym opisie.
Ania z Zielonego Wzgórza jest już klasyką, gdyż ma ponad sto lat. Czytało ją kilka pokoleń i odniosłam wrażenie, iż nadal cieszy się popularnością. Większości osób bardzo się podoba, ale ja jestem w tej mniejszości.
Konkretnie nie umiem powiedzieć co mi się nie podobało. Chyba chodzi o to, że książka jest po prostu zbyt dziecinna. Moim zdaniem pani Lucy zyskała popularność pisząc dziecinną historię. Całokształt mnie bardzo irytował, a w tym także sposób w jaki jest napisana. Nie jest to potoczny język. Nie jest także ciężki. Jest po prostu... irytujący. Nie spotkałam się jeszcze, aby jakaś książka tak na mnie podziałała, aż do teraz.Nie polecam.
A wy co o niej myślicie?