Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo MG. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo MG. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 grudnia 2015

Autor nieznany: Dzieje Tristana i Izoldy



Tristan i Izolda. Izolda i Tristan. Wielu twierdzi, że jest to najlepszy poemat miłości wszech czasów. Romantyczny - tak i to bardzo. Naprawdę piękna historia, ale zakłamana. Miłość idealna, czysta, ale napotykająca wiele trudności.

Tristan - dzielny rycerz, zostaje wysłany w poszukiwaniu dziewczyny, której włos królowi Markowi przyniosły ptaki. Tristan odnajduje złotowłosą. Kiedy wracają, na statkach dzieje się coś, co odmieni życie wielu ludzi. Tristan i Izolda piją wspólnie eliksir miłości przeznaczony dla niej i króla Marka, za którego ta ma wyjść. Tych dwoje nie może bez siebie żyć, a przygotowania do ślubu z królem już prawie zakończone. Izolda wypełnia swój obowiązek, a miłość Tristana i Izoldy zostaje w ukryciu.

Miłość dwójki głównych bohaterów, tak zakłamana, ponieważ spowodowana eliksirem zuchwale rani wszystkich wokół, w tym głównych zainteresowanych. Ta relacja nie ma racji bytu. Przez to król Marek darzący zaufaniem i miłością Tristana oraz Izoldę zostaje oszukany, podobnie jak dworzanie i poddani. Wielu może gorąco będzie kibicować uczuciu tytułowych bohaterów, ale nie ja. Jest to wyjątkowo samolubne. Oczywiście, to właściwie nie ich wina, tylko eliksiru, można by rzec. Ale miejmy na uwadze, że mogło być wiele wyjść z tej sytuacji, gdzie cierpiałaby dwójka ludzi, a nie dużo więcej,co bardziej by się opłaciło. Jak już wspomniałam zakochani i tak nie mieli łatwo, a po drodze zranili wiele ludzi, którzy im ufali i nie tylko.

Autor choć właściwie nieznany, wkłada za duży nacisk na słuszność relacji głównych bohaterów, ponadto na niemal każdym kroku usprawiedliwia ich działanie, co jest jak dla mnie, niedorzeczne. Ten aspekt bardzo mi się nie podobał. Egoistyczne trzęsienie się nad nieszczęśliwym losem kochanków nie jest fajne i bardzo nie fair.

Powieść napisana jest starym językiem, mistrzowsko przełożonego przez znanego wszystkim Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Co ciekawe, moje obawy co do odbioru tej książki, były nieuzasadnione. Bardzo szybko mi się ją czytało i z rozkoszą zatapiałam się w ten dawny świat. Historia sama w sobie jest naprawdę ciekawa i bardzo wciąga, minusem jest tylko właśnie wyżej wspomniane samolubstwo głównych bohaterów. Co do ogółu postaci, byli przyzwoicie wykreowani. Bliżej nie było nam dane poznać wielu, ale to co wiemy w zupełności wystarcza do stwierdzenia, że ta część nie jest zła.


Cieszę się, że wydawnictwo MG postanowiło wznowić historię Tristana i Izoldy. Gdyby nie to, zapewne nigdy sama nie sięgnęłabym po tę książkę. Jest oczywiście świetnie wydana. Jej twarda okładka jest cała różowa, a grafika na przedniej stronie okładki jest minimalistyczna i sugestywna. Książka pięknie wygląda na półce. Trochę ciężko było mi się na początku przyzwyczaić do czcionki, z którą nie spotykam się zbyt często. Ponadto karty powieści urozmaicają ilustracje. Nie są one może wybitne, i raczej to szkice, ale i tak wielki plus za nie.

Podsumowując, książka jest naprawdę warta uwagi, zwłaszcza w odnowionym przepięknym wydaniu. Może irytować to, że autor jest po stronie kochanków, ale oprócz tego dobrze się bawiłam. Dramatyczne, choć nieco naciągane (chodzi o Izolde, kto przeczytał, ten wie) zakończenie jest wisienką na torcie. Nie żałuję ani jednej chwili spędzonej z tą lekturą.



Za książkę dziękuję:

piątek, 25 września 2015

Mocna, smutna i wymagająca, czyli "Uwięziona" Marcel Proust



W końcu na mojej półce znalazł się kultowy już Proust. W poszukiwaniu straconego czasu to absolutna klasyka, uznana za arcydzieło literatury. Cykl quasi-autobiograficzny Marcela Prousta. Wydawnictwo MG kontynuując wydawanie klasyków w odświeżonych wydaniach (w tym przypadku jest to jednocześnie wydanie na 100-lecie pierwszego wydania), kolejny raz świetnie się wywiązało z zadania. Mimo, że Uwięziona to piąty tom cyklu, ja czytałam ją jako pierwszą.

Marcel kocha Albertynę nad życie i przeraża go myśl o utraceniu ukochanej. Wie jednak, że ta do miłosnych uciech często wybiera kobiety, to też stara się ograniczyć takie kontakty. Podchody, niesnaski i intrygi - wszystko co zawiera ta 440 stronicowa książka.


Z każdym dniem wydawała mi się mniej ładna. Dodawało jej uroku jedynie pragnienie, jakie budziła w innych, kiedy dowiadując się o tym pragnieniu, zaczynałem na nowo cierpieć i chciałem im ją wydrzeć. Mogła mi sprawić ból; dać radość-nie. Jedynie samym cierpieniem trwało moje nudne przywiązanie.

Jest to w ogóle moje pierwsze spotkanie z twórczością Marcela Prousta. Ponadto pierwsze spotkanie z tym rodzajem literatury. Jeszcze nie spotkałam się z autobiografią, która napisana jest w taki sposób. Na pierwszy rzut oka widać dlaczego ta powieść uznawana jest za arcydzieło. Może osobiście nigdy czegoś takiego bym o niej nie powiedziała, ale nie są to słowa do końca rzucone na wiatr.

Większość książki to monolog. Proust jest bardzo zazdrosny o Albertynę. Kocha ją i wie, że lubi spotkania z kobietami. Próbuje zapobiec takim kontaktom. Uczucia zmieniają się w nim jak w kalejdoskopie. Raz kocha ją na zabój, a za chwilę prawie nienawidzi. Śledzimy jego rozterki i pobudki, wnikając do wnętrza zazdrosnego mężczyzny, który ukrywa fakt, że Albertyna u niego mieszka, aby uniknąć jej konfrontacji z jego przyjaciółmi, gdyż ma obawy, że któryś może się w niej zadurzyć. Jednym słowem, Marcel i Albertyna bawią się w ciuciubabkę.

Uwięziona to powieść męcząca. Czytałam ją bardzo długo i wolno, mogłabym porzucić po kilkunastu stronach. Jednak pchał mnie liryzm i bezsensowne postępowania głównego bohatera. Zachowania nielogiczne nabierają sensu, kiedy odnajdziemy klucz. Tą powieść po prostu trzeba rozszyfrować. Zabrała mi parę tygodni. I wiecie co? Nie czuję z tego powodu żalu. Precyzyjna konstrukcja i głębia to powody, dla których chwile kiedy męczyłam się z tą książką, nie mają znaczenia.

Główny bohater Uwięzionej to jeden z najnieszczęśliwszych bohaterów jakich poznałam w licznych książkach. Cierpi przez miłość i nie można temu zaradzić. Chce się uwolnić, ale perspektywa życia bez Albertyny przeraża go. Cierpi z Albertyną, ale bez niej upadłby na samo dno, a nawet niżej.

Mocna, smutna i wymagająca. Trzeba ją czytać powoli i w skupieniu. Inaczej nie ma sensu. Może sięgnę po pozostałe tomy? Może...

8/10





Za książkę dziękuję:

piątek, 21 sierpnia 2015

50 twarzy Juliana Sorela, czyli "Czerwone i czarne" - Stendhal



Dzisiaj przychodzę do Was z kolejnym klasykiem, odświeżonym przez wydawnictwo MG. Jak zawsze wydanie woła Czytelnika. Mój ulubiony papier i czcionka dodają uroku nawet najgorszej powieści. Być może to dlatego decyduję się recenzować klasyki literatury. Z reguły wychodzi mi to na dobre, bo klasykę trzeba znać i okazuje się nie taka straszna. Oczywiście są wyjątki, czyli książki, przez które nie sposób przebrnąć.

niedziela, 17 maja 2015

Poduszka w różowe słonie - Joanna M. Chmielewska

Wyobraź sobie: prowadzisz ustabilizowane samotne życie. Monotonne, wiesz zawsze gdzie co jest i właściwie każdy dzień wygląda tak samo. Pewnego dnia Twoje wygodne życie zmienia się diametralnie. Mała istotka i nieco kłopotliwy facet skomplikują sprawy.

Oczekiwania: babskie, lekkie czytadło do herbaty. Fakty: na pewno nie oczekiwania. Nie tego się spodziewałam, ale z pewnością nie jest to złe wrażenie. Zamiast wesołej opowiastki dostałam smutną i wzruszającą, mądrą opowieść.

O co w tym chodzi? No cóż, na wstępie powiem, że nie jest to nic specjalnego, choć ma urok. Fabuła skomplikowana, ale nie tak, że można się w niej pogubić - jej tematyka jest po prostu trudna. Nie można odmówić walorów psychologicznym, co autorka bez wątpienia zawdzięcza swojemu wykształceniu w tym kierunku. Bardzo to pomaga, gdyż przez to wszystkie to problemy nabierają bardziej wyrazistego i autentycznego wymiaru. Ciężko opisywać uczucia dziecka borykającego się ze stratą matki, żałobę i emocje dorosłej kobiety, która w środku wciąż jest tylko małą, przerażoną dziewczynką.

Od pierwszej strony bez zbędnych wyjaśnień zaczynają się wątpliwości i perypetie. Dopiero po kilku stronach dowiadujemy się o co chodzi i dlaczego odczucia Hanki są takie, a nie inne. Oczywiście, jeśli nie czytało się opisu. Natomiast zakończenie jest bardzo przewidywalne - typowe dla tego rodzaju historii, choć bardziej o charakterze otwartym - mam nadzieję poznać całkowite zakończenie w kontynuacji. Tak jakby kontynuacji. Na pierwszej stronie wyrobiłam sobie zdanie na temat zakończenia, a ono właśnie takie było. Na szczęście pozostałe aspekty rekompensowały to.

Joanna M. Chmielewska doskonale zaczęła swoją przygodę z powieściami do starszych czytelników. Książki dla dzieci z pewnością pozwoliły jej ulepszyć warsztat, ale nie tylko to trzeba przypisywać lekkości pióra, gdyż literatura dziecięca to kompletnie coś innego. Tekst wręcz się chłonie, psychologiczne trudne tematy stają się niby proste.

Tę książkę pochłaniałam bardzo szybko, wręcz błyskawicznie. Naprawdę, w ciągu zaledwie kilku godzin. Nie spodziewałam się, że ta książka aż tak mi się spodoba. To nie moje klimaty, wolę albo coś krwistego, albo młodzieżowego, coś z wartką akcją, a tutaj ciężko o strzelaniny, krew, mafie albo paranormalne moce. Mimo to, nuda nam nie grozi. Nic porywczego, ale ambitnego i ciekawego.

Główna bohaterka Hanka z początku nie budziła mojej sympatii. To nie całkiem była jej wina, raczej spowodowały traumatyczne wydarzenia z dzieciństwa. Hanka w trakcie trwania powieści przechodzi całkowitą przemianę, stając się znośna. Ania to pięcioletnia dziewczynka, córka przyjaciółki Hanki, która umarła, a ta obiecała się nią zająć. Jest chyba najlepiej wykreowaną postacią. Dosyć ważną rolę odgrywa także Łukasz, ale o nim nic nie powiem, gdyż nie polubiłam go. Był chyba stworzony do kochania, ale nie w moim przypadku.

Nie mogę nie wspomnieć o wydaniu, którym zachwycam się zawsze przy współpracy z wydawnictwem MG. To wydawnictwo w tej materii jest po prostu genialne. Twarda oprawa, grzbiet pasujący do wielu innych wydanych przez to wydawnictwo, piękna okładka - oprawa graficzna naprawdę cudna. Do tego moja ulubiona czcionka, którą MG najczęściej wykorzystuje, tak samo jak papier. Z pewnością przyjemność z lektury w jakimś stopniu jest spowodowana genialnym wydaniem.

Ta książka raczej nie jest do ubóstwiania, najwyżej lekkiego kochania. Bardzo dobra, widać, że to nie pierwszyzna, choć właściwie właśnie nią jest. Joanna M. Chmielewska z pewnością jeszcze zagości na mojej półce. Już cieszę się "Sukienkę z mgły". Jest to jakby druga część, choć skupia się na bohaterce drugoplanowej "Poduszki w różowe słonie", natomiast ponoć poznamy dalsze losy Hanki, Anki i Łukasza. Pierwszą powieścią autorka postawiła poprzeczkę wysoko, mam nadzieję, że na jej kolejnych powieściach się nie zawiodę.


Mój wywiad z Joanną M. Chmielewską



9/10
Instagram | Facebook






Za książkę dziękuję wydawnictwu MG

sobota, 18 kwietnia 2015

Eliza Orzeszkowa: Pamiętnik Wacławy. Ze wspomnień młodej panny ułożony


                                                     

Jedna z młodzieńczych powieści Orzeszkowej – od razu dostrzeżona i wysoko oceniona przez krytykę.

Bohaterka jest panną z dobrego domu, ale zarazem owocem mezaliansu. Matka – wielka dama wyszła za mąż za profesora Politechniki, naukowca, pozytywistę, któremu próżniacze życie arystokracji wydaje się wstrętne. Oboje rodzice ogromnie kochają córkę, ale każde z nich inaczej widzi jej drogę do szczęścia. Od lat żyją w separacji, ale zgodnie z wcześniejszą umową córka po ukończeniu pensji ma najpierw spędzić rok u matki, a potem rok u ojca.

Czy matce uda się w ciągu roku wydać córkę za mąż, by zabezpieczyć ją przed nowomodnymi prądami, których sama nie rozumie i których się boi?
 Żródło: http://www.wydawnictwomg.pl/




Eliza Orzeszkowa znana jest przede wszystkim z "Nad Niemnem", który także stał się pogromcą uczniów. Szczerze powiem, że nie miałam styczności z powyższą powieścią. Poznawanie tej autorki zaczęłam od poczytnego "Pamiętnika Wacławy", którego nowe, odświeżone, piękne wydanie oferuje nam wydawnictwo MG.

Zacznijmy od początku, czyli dlaczego zdecydowałam się przeczytać coś, co niekoniecznie mogło być fajne:

a) to klasyk, a klasykę trzeba znać

b) śliczne wydanie

c) zdanie "Powieść dla miłośników literatury w stylu Charlotte Bronte" - czyli główny powód.


"Pamiętnik Wacławy" to miła, acz trudna cegiełka. Miła, ponieważ naprawdę wciąga. Fabuła w niej ukazana jest rozbudowana, stąd taka objętość. Można by pomyśleć, że książka już nie młoda, bo z dziewiętnastego wieku, w dodatku Polska autorstwa pisarki, która może niektórym źle się kojarzyć będzie żmudna, nudna i nijaka. Żmudna? No cóż, nie przeczę, acz pozytywnie. Czytałam ją naprawdę bardzo długo, styl pisania Elizy Orzeszkowej jest dosyć trudny, nawet jak na tamte czasy, a ilość stron i nieduża czcionka nie ułatwiają. Nudna? O nie! Jest pełna kolorów i emocji. Dużo się dzieje i naprawdę nudziła mnie tylko momentami. Myślę, że jest to nieuniknione w takich przypadkach. Nijaka? Nie tym razem!

Żywa fabuła wszystko ułatwia. Nawet, jeżeli styl komuś nie odpowiada (podobnie jak mi), to ciekawość karze przewracać strony i zobaczyć coś się tam kryje. Ponad to wątek romansowy jest także jest bogato rozwinięty co sprawia, że ta powieść jest idealna dla nastolatek. Nie są to oczywiście romansidła takie jak teraz, "Pamiętnik Wacławy" to nie jest jedno wielkie love story, choć w pewnym momencie zaczął on grać istotną rolę. Galeria postaci jest bardzo ciekawa. Świetnie wykreowani bohaterowie, wszyscy, nie tylko pierwszoplanowi. Szybko utożsamiłam się z główną bohaterką, a do postaci od progu czułam sympatię, nawet do tych nie do końca pozytywnych. Bawiło mnie natomiast to, że im postać bogatsza, tym bardziej wredna i zadufana, a czego wyłamują się dwie postacie. Biedni koniecznie musieli być dobrzy, więc jest to troszkę schematyczne (przynajmniej teraz tak jest, nie ręczę, że w XIX wieku też tak było). Drugi tom podobał mi się zdecydowanie bardziej niż pierwszy, choć obu nie można odmówić uroku.


O wydaniu parę słów: Typowo dla wydawnictwa MG wydanie jest prześliczne. Twarda okładka, piękny projekt, papier, że aż chce się czytać - poziom nadal pozostaje fenomenalny. Wydanie jest bardzo wygodne, gdyż mamy tutaj całość - oba tomy. Seria klasyków od wydawnictwa MG, to świetny pomysł. Jeżeli ktoś ich nie czytał - takie wydanie pomoże w przekonaniu się do nich, jeżeli czytał - koniecznie będzie chciał mieć ją na swojej półce.
8/10









Za książkę dziękuję wydawnictwu MG!

Książka została wydana po raz pierwszy w 1871 roku, więc bierze udział w wyzwaniu:

środa, 18 marca 2015

Znachor - Tadeusz Dołęga - Mostkowicz [premierowo]



Jestem świeżo po lekturze i powiadam - tę powieść trzeba przeżyć.

Kiedy dostałam propozycję zrecenzowania "Znachora" zgodziłam się natychmiast, chciałam to zrobić jak najszybciej. Byłam zaintrygowana tą pozycją, ponieważ kilka dni wcześniej ktoś bardzo mi ją polecał. Wyczekiwałam jej z niecierpliwością, a moja ciekawość wzrosła wraz z pierwszym rzutem oka. Typowo dla wydawnictwa MG wydanie jest przepiękne, okładka jak i moja ulubiona czcionka, którą często raczy nas to wydawnictwo w swojej serii klasyków - wszystko na swoim miejscu, a grafika wyśmienicie ukazuje fabułę. W tym miejscy docieramy do sedna, czyli tego co jest w powieści. Moje oczekiwania nie zostały zawiedzione.

Wraz z pierwszym zdaniem kiwnęłam głową z uznaniem. Potem wszelkie bodźce zniknęły, wsiąknęłam w tekst stając się częścią obrazu. Od razu muszę docenić głównego bohatera, Profesora Rafała Wilczura. Jest świetnie wykreowany, przechodzi wiele przemian wewnętrznych jak i zewnętrznych, rozwija się cały czas. Jest wybitnym chirurgiem, ma sławę, pieniądze, śliczną córeczkę i żonę, którą bardzo kocha. Co łączy Profesora Wilczura, zamożnego i eleganckiego lekarza i Antoniego Kosibę, który nie ma nic i tuła się po świecie w końcu trafiając na posadę wiejskiego znachora? Tutaj niespodzianka. To ta sama osoba, a w obu wersjach budzi sympatię swoim usposobieniem i empatią.

Po odejściu żony i tym samym utracie swojej córeczki, profesor ulega wypadkowi podczas próby rabunku. Kiedy się budzi nie ma pojęcia kim jest, jak się nazywa, skąd się tam znalazł i dlaczego stracił pamięć. Zmuszony jest wędrować od wioski do wioski bez przeszłości i dokumentów trudniąc się różnorakimi pracami. W końcu kradnie dokumenty, automatycznie stając się Antonim Kosibą. Z tym nazwiskiem trafia do pewnej wioski, znajduje tam pracę i żyje mu się dobrze. Poznaje kalekiego chłopaka, na którym przeprowadza udaną operację. Od tej pory sława Antoniego Kosiby jako znakomitego Znachora rośnie. Przeszkadza mu tylko miejscowy, zawistny lekarz, który grozi mu sądem za nielegalne praktyki.

Fabuła jest bardzo interesująca, język choć nie współczesny płynie i czyta się go szybko. Dzięki tym czynnikom powieść staje się bardzo przyjemna. Ponoć Tadeusz Dołęgi - Mostkowicz jet mistrzem ciekawych fabuł, a po tej lekturze jestem w stanie w to uwierzyć.

"Znachor" to mądra książka o ludzkim cierpieniu, ludzkiej dobroci i miłości. Są w niej zawarte duże wartości.W książce także przedstawione życie ludności wiejskiej w ówczesnym okresie. Zachowania, zwyczaje, mentalność. Dla kontrastu mamy także rodzinę z wyższych sfer. Przedstawia bardzo smutną i trudną historię, ale z wielkim przesłaniem i pozytywnym nastawieniem w tle, nie przeszkadza to w przyjemności czytania, bo o ile temat jest trochę trudny, to jak przedstawił go autor jest niebywale lekki.

Wiecznie żywa i ponadczasowa historia, która jeżeli zostałaby wydana teraz spotkałaby się z falą krytyki. "Znachor" to wprost bajka. Jest w niej wszystko co w dobrej bajce być powinno - kryształowo szlachetni ale i do szpiku kości zepsuci bohaterowie, zakazana miłość bogatego panicza do ubogiej dziewczyny, tragedia, cierpienie, a na koniec triumf sprawiedliwości. Chwyta za serce. Polecam tym, którzy lubią uronić łzę przy czytaniu.Polecam wszystkim.
Dzisiaj mamy premierę wznowionego wydania. Sięgniecie po nie?

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu MG
 






Książka została wydana pierwszy raz w 1937, więc bierze udział w wyzwaniu:

poniedziałek, 16 lutego 2015

Zbrodnia i kara [przedpremierowo]

Raskolnikow... ach, mój drogi Rodionie Raskolnikow! Ślubuję ci miłość po wsze czasy!
Po tak dramatycznym wstępie, zapewne nie trudno zgadnąć, że główny bohater słynnej powieści Fiodora Dostojewskiego skradł moje serce popełniając przy tym zbrodnię. Nie ominie go także kara! Będę wracać do tej książki nie jeden raz i maltretować Raskolnikowa, aż mi się znudzi ( o ile to możliwe).
 Czy da się mówić o takiej klasyce, przedmiocie znienawidzonym przez wielu uczniów? Czy da się oceniać takie dzieło? Udało mi się z "Lalką", więc może uda mi się i tym razem. Wielu z was, o ile nie wszyscy, znacie tę powieść. Czytaliście ją z przymusu lub z własnej woli. Znacie całość lub fragmenty. Wiecie o czym opowiada i wiecie też, że nie jest nowością, a treść jest dla wszystkich chociaż w najmniejszym stopniu znana.
Najnowsze wydanie nakładem wydawnictwa MG jest zupełnie czymś nowym. Okładka jest wesoła i kolorowa, więc nawet najtwardszy przeciwnik książek będzie chętnie sięgać po tę książkę, a kiedy już to zrobicie pokochacie tę lekturę.
Nie sądziłam, że książka z dziewiętnastego wieku może tak mi się tak spodobać. Niewątpliwie jest to jedna z najlepszych książek, które dotychczas czytałam. Wciągnęła mnie niesamowicie i ciężko było mi się oderwać. Niestety musiałam od czasu do czasu przerwać, bo książka jest dosyć długa i ciężko byłoby czytać nieprzerwanie, aczkolwiek czytałam to z wręcz masochistyczną przyjemnością.
Jest to jedna z tych książek, które za każdym razem przekazują nam coś innego. Zawsze będzie to ta sama historia, a jednak inna. Jedna z tych, które trzeba i warto znać. Jedna z tych, które pokochasz.
  W pewnych momentach zachowania niektórych bohaterów wprawiały mnie w ogłupienie i zastanawiałam się, czy powinnam się śmiać czy płakać, aczkolwiek było to pozytywne.
"Miłość od pierwszego słowa" to chyba najlepsze określenie. Nie jest to lekka lektura, a jednak ja tak ją odczułam. Nie męczyłam się z nią i przewracałam strony z przyjemnością. Szkoda, że nie jest ona dłuższa, ale przeczytam także pozostałe książki Dostojewskiego.
Nie wiem jak Wy, ale jak dla mnie, to wydanie jest obowiązkowe. Premierę ma już 28 lutego. Jest to świetny prezent dla kogoś, jak i dla siebie. Na półce cieszy oczy, a treść niesamowicie urzeka. Po prostu musicie przeczytać tę książkę, jeżeli jeszcze tego nie zrobiliście.
Czytacie ten tekst dzięki wydawnictwu MG


poniedziałek, 9 lutego 2015

Lalka



"Lalka", czyli pogromca uczniów. Wielu skazanych było lub będzie na tę książkę, co (wiem z własnego doświadczenia) może najlepszą powieść zamienić w gniot, bo chyba nikt nie lubi czytać czegoś pod kogoś dyktando. Dlatego na początku radzę: zanim każą Ci przeczytać to w szkole - zrób to wcześniej na własną rękę. Jeżeli Ci się nie spodoba - i tak będzie to mniejsze zło, jeżeli Cię zachwyci - wspaniale! A może masz ją już za sobą? No cóż, czy to dobrze czy nie, musisz zdecydować sam. Ja sama doszłam do wniosku, że nie odważę się wytykać błędów w książce, która ma już tyle recenzji, a nawet powstałe na jej temat prace naukowe. Wyrażę więc swoją krótką subiektywną opinię oraz kilka słów o wydaniu. Ale zanim to zrobię; zapytałam o tę pozycję parę osób, a oto czego się dowiedziałam:
 To jedna z niewielu książek przy których strasznie się męczyłam, a zachowanie głównego bohatera irytowało mnie nawet bardziej niż zachowanie Łęckiej.

 Jak dobrze pamiętam z liceum, to jedyna w całym kanonie lektur którą nie przeczytałam do końca, dosłownie usypiałam przy niej. Długie i nudne wątki, dużo opisów nie zawsze coś straktucyjnego wnoszącego w fabułę.

  "Lalka" spoczęła obok "Dziadów" na cmentarzysku książek nieprzeczytanych. Nie dałam rady. Filmu również nie dałam rady obejrzeć. Dodam, że książki i filmy ukazujące ówczesne problemy społeczne uwielbiam. Tylko ta "Lalka" mnie pokonała. 

  Na pierwszy rzut oka widać, że "Lalka" to nie ideał, przecież gdyby tak było, wszyscy by ją lubili. Ale nie myślcie, że usłyszałam same narzekania:

Jedyna lektura w ostatniej klasie liceum, którą przeczytałam z przyjemnością i byłam zachwycona.


Jedna z moich ulubionych lektur. Mimo durnego zauroczenia Wokulskiego, to lubiłam jego dusze, która była z pogranicza romantyzmu i pozytywizmu. Uwielbiałam postać Rzeckiego, który miał swoje wartości i ten moment, gdy krzywo patrzono na niego, jako niemodnie ubranego człowieka. Na tle ogromnej ilości sprzedawalnej hołoty byli najlepszymi jednostkami.

 
Jak dla mnie najlepsza książka jaka powstała w Polsce kiedykolwiek. Przeczytałem pod wpływem zachwytów mojej znajomej, i bardzo jej dziękuję. Sam opis świata, nieco przewrotne życie Wokulskiego, relacje międzyludzkie i życie Rzeckiego - a wszystko we wspaniałej polszczyźnie. Piękna rzecz.


 Ja byłam zachwycona.. Naprawdę wszystko mi się w niej podobało, a kiedy kończyłam byłam zrozpaczona, że to już koniec.



No, dobrze znamy opinię innych, ale to chyba powinna być moja recenzja, prawda? Owszem.

Moim zdaniem ta powieść jest godna uwagi. Przyznam, że i mnie Wokulski lekko irytował co nie będzie mi przeszkadzać w ponownym przeczytaniu "Lalki", bo na pewno do niej wrócę. Mimo wszystko Wokulski to nic w porównaniu do zachowania Łęckiej, która denerwowała mnie nie na żarty. Za to Rzecki? To niewątpliwie mój ulubiony bohater.Kocham go! Jest wprost bezbłędny!

Fabuła wcale nie kręci się wokół uczucia Wokulskiego do Łęckiej, choć jest bardzo istotne. Gdybym miała znosić tę kobietę przez całą lekturę - trafiłaby ona w ścianę po kilkudziesięciu stronach.

W każdym razie - powieść bardzo mi się podobała i polecam ją całym sercem. Wiadomo, że styl jakim napisana jest "Lalka" nie będzie zbyt nowoczesny, ale jak można się temu dziwić? Książka jest niewątpliwie ponadczasowa, ale niektórych elementów po prostu nie zmienimy.



Ale największą uwagę chciałabym zwrócić na wydanie, które otrzymałam od wydawnictwa MG. Wow, to dopiero coś! Niewątpliwie najładniej wydana "Lalka". Okładka rzuca się w oczy i jest niezłą cegiełką - między książkami nie zginie! Okładka jest kolorowa, zachęca i aż chce sięgnąć po tę powieść. Nawet jeżeli nie masz jeszcze tego egzemplarza bez względu na to czy posiadasz inny - to musisz mieć! Jestem bardzo zadowolona, że mam takie gustowne wydanie.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu MG