czwartek, 28 stycznia 2016

Mix sci-fi, czyli "Armada" - Ernest Cline



Ernest Cline nie jest postacią całkowicie mi obcą. Nie czytałam jego innych dzieł, ale już od dawna zamierzam poznać osławione Player One. Nadal tego nie zdobyłam, zaczęłam więc od końca.

Zack Lightman od zawsze marzył o przygodzie. List z Hogwartu, wylosowanie do głodowych igrzysk czy Gandalf stojący u drzwi - nie ważne. Zack wiele lat temu stracił ojca, po którym zostało mu jednak kilka rzeczy: stare filmy, pamiętnik, na postawie którego można stwierdzić zachwiany stan umysłu i gry wideo. Tak, gry wypełniają znaczną część jego życia. Kiedy spoglądając w okno spostrzega statek rodem z jego ulubionej gry wojennej, obawia się o swój stan umysłu. Pewnego dnia zjawiają się faceci w czerni, oznajmiają koniec świata, a losy gatunku ludzkiego spoczywają w rękach maniaków gier wideo. Co teraz?

Armada to swoisty hołd oddany tworzonym przez lata klasykom kina, gier i literatury sci-fi. Co rusz spotykamy odwołania do Gwiezdnych wojen, czego jest najwięcej, Matrixa, Star Treka itp. Wyszło to naprawdę przyjemnie. Miło spotkać coś, co się lubi w czymś, co potencjalnie będziemy lubić.

Fabuła nie jest specjalnie oryginalna, chociaż nie patrzę na to w kategoriach wady. Jest to raczej umiejętny zlepek powielanych schematów, co dało świetny efekt. Nie każdemu to może podejść do gustu, ale fanom wspominanych dzieł na pewno.

Bohaterowie to nie koniecznie atut. Nie dane jest nam bliżej ich poznać, ponieważ początek ogranicza się do Zacka, a postronne postaci występują właściwie epizodycznie, a pod koniec kiedy wszystko dzieje się w 24 godziny nie ma czasu na głębsze przeglądanie się charakterom. Oczywiście mamy zarys i ogólny obraz, ale o nikim nie dowiemy się dużo. Zack jest bohaterem dominującym i oprócz niego reszta spycjana jest na drugi plan

Niektóre postaci są zbędne, występują mało, ale ułatwiają konstrukcję fabuły na tyle, aby Clint się nie namęczył, ale żeby miało to ręce i nogi. Upraszcza to zdecydowanie fabułę, która i tak nie jest skomplikowana. Bardzo przywodzi na myśl Grę Endera, co było miłe, ponieważ ta książka przypadła mi do gustu.

Fabuła to oczywistości, ale nie brak zaskoczeń. Zwroty akcji jeśli są, to na maksa i kompletnie nieprzewidywalne. Jeśli sci-fi to gatunek, który lubicie, w tej powieści poczujecie się jak w domu. Grono osób, dla których to coś więcej niż kolejny wymysł ludzi, którzy chcą zarobić, są bratnią duszą dla lubiących science fiction.

Polecam Armadę właściwie wszystkim. Nawet jeśli nie lubicie tego gatunku, niewykluczone, że ta książka przypadnie Wam do gustu. Każdy wiek również będzie adekwatny, choć nie ukrywam, że młodzież jest docelowym odbiorcą. Powieść niekoniecznie wybitna, przyjemna i można przeczytać. Mnie podobała się ogromnie, ale czy innym spodoba się tak samo - mam wątpliwości, chociaż mimo to warto ją przeczytać.

 



Za książkę dziękuję:

piątek, 15 stycznia 2016

" Dobra dziewczynka. Z tym da się żyć" - Złe dziewczyny nie umierają, Katie Alender



Kiedy Feeria Young przedstawia blogerom katalog na nowy kwartał, uśmiech nie może zejść mi z twarzy. Za każdym razem są to same wspaniałości, które jak dotąd mnie nie zawodziły. Potem jeszcze oczekiwanie, co też uda mi się dostać. Tym razem trafiły do mnie dwie pozycje; Złe dziewczyny nie umierają oraz coś sci-fi, o czym wiecie, jeśli śledzicie mojego instagrama KLIK

Alexis ma różowe włosy, jest zbuntowana, zadaje się ze Szwadronem Zagłady i nienawidzi cheerleaderek. Mieszka z rodziną w dużym domu z przeszłością. Ma siostrę Kasey z dziwną obsesją na punkcie lalek. Pewnego dnia zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Jej siostra mówi starym językiem, zadaje pytania jak sześciolatek, ma kontrolę nad ludźmi, aż w końcu ukazuje się jej ciemna strona. Tylko Alexis może uratować siostrę oraz dziesiątki ludzi, którzy mają zostać niesłusznie ukarani. A idealne życie jednej cheerleaderki okazuje się wcale nie takie idealne.

Dziwi mnie kiedy napotykam opinie, że ta powieść mrozi krew w żyłach, nie można czytać jej w nocy i przyprawia o gęsią skórkę. Zastanawia mnie czy to ja jestem taka gruboskórna czy to inni są przewrażliwieni. Miałam ochotę na nutkę grozy, gdyż tak właśnie przedstawiała się ta książka. Na początek trzeba zaznaczyć, że z całą pewnością Złe dziewczyny nie umierają to nie horror, właściwie nawet na niego nie kandyduje. Nie powiem, nieco mnie to rozczarowało, ale wcale nie oznacza, że powieść w jakikolwiek sposób jest zła.

Fabuła jest bardzo dobrze skonstruowana. To coś nowego i pomysłowego. Dziecko opętane przez mściwego ducha oraz jej siostra próbująca pokrzyżować zjawie plany. Historia sama w sobie jest bardzo ciekawa i chociaż nie okazała się mrozić krwi w żyłach, nie przeszkodziło mi to w chłonięciu każdej strony i ogromnej ciekawości jak się to skończy. Powieść przedstawia wiele wartości, jak ogromna siostrzana miłość oraz prawdziwa przyjaźń. Pojawia się też chłopak, który ma coś do Alexis, ale to mały szczegół i nie rozwija się głębiej na przestrzeni książki, a przynajmniej nie jest to dogłębnie opisane, acz pojawia się od czasu do czasu jak i odgrywa niewielką rolę w scenie finałowej.

Postaci są ciekawe równie jak fabuła. Alexis nie jest skomplikowana, ale za to jej siostra pod wpływem demona staje się bardzo interesująca. Już wcześniej przejawiała dziwne skłonności, ale kiedy zaczęło się to nasilać stała się nienaturalnie pełna kontrastów. Miała dwie osobowości - tą prawdziwą, łagodną oraz zepsutą, chłodną,wyrachowaną i złą. Jej zachowanie na początku wydaje się irracjonalne i w dużym stopniu tak właśnie jest, ponieważ kieruje nią żądny zemsty potwór.

Katie Alender pisze naprawdę dobrze. Prosto, ale nie prostacko, chociaż od czasu do czasu pojawiają się nieco mniej kolokwialne słowa, choć w dużej mierze zależy to od tłumacza, więc nie wiem czy w oryginale również tak jest. Jej styl jest bardzo lekki i błyskawicznie się czyta. W połączeniu z dynamiczną fabułą stworzył wyśmienitą powieść.

Złe dziewczyny nie umierają to początek serii o tym samym tytule. Nie mogę się doczekać kolejnych tomów, ale maa cichą nadzieję, że będą bardziej straszne. Powieść dedykowana jest dla młodzieży i tego się trzymajmy. Potencjalny czytelnik nie powinien się obawiać koszmarów, ale za to szybkiej i nieco dziwnej fabuły oraz szybkiej akcji.




Za książkę dziękuję:

środa, 13 stycznia 2016

TOP okładek 2015

Dzisiaj króciutko i błyskawicznie. Ostatnio było o najlepszych książkach 2015, a dzisiaj zapraszam na zestawienie najładniejszych okładek, które wpadły w moje ręce.  Przyjemny design nie zawsze łączy się z podobnym wnętrzem, ale dzisiaj będziemy oceniać książki po okładce. Kolejność przypadkowa:



























Co o nich sądzicie? A może wiecie coś z własnego doświadczenia na temat zawartości?

piątek, 8 stycznia 2016

TOP najlepszych książek 2015

Posty o innych tematach, jak było zapowiadane są w przygotowaniu, a tymczasem zapraszam Cię na najlepsze książki, jakie udało mi się przeczytać w 2015 roku.
Ciężko było wybrać, a jak za chwilę się przekonacie, wcale nie jest ich mało jak na zestawienie. Kolejność jest zupełnie przypadkowa. Każda z nich jest świetna na inny sposób, nie koniecznie ten oczywisty.



Ember in the ashes

Przy tej powieści nie będę się tutaj rozwodzić. Recenzowałam ją i uwielbiam ją z wszystkich powodów, które opisałam KLIK

Zakon mimów

Jest to kontynuacja bestsellerowego Czasu żniw. Po lekturze pierwszej części, musiałam poznać dalsze losy bohaterów. O ile początek był świetny, drugi tom jest jeszcze lepszy. Mam nadzieję, że autorka utrzyma poziom. Wspominałam o niej w Recenzyjkach, które na chwilę obecną zostały zawieszone. Kilka zdań, w których chyba udało mi się uchwycić o co chodzi w tej książce KLIK

Czerwona królowa

Przeczytałam ją przez przypadek, gdyż dostałam ją w prezencie. Jest to kolejna pozycja, o której pisałam w Recenzyjkach. Oszczędzę Ci kolejnego linku, a tylko zacytuję fragment " Na początku nie byłam przekonana, zapowiadała się raczej kiepsko. Na szczęście po kilkudziesięciu stronach wszystko się zmieniło i wypieki na twarzy nie schodziły mi z twarzy. Jestem bardzo, bardzo, bardzo ciekawa następnej części, która premierę będzie miała już za kilka miesięcy. Mam wydanie w twardej oprawie i jest po prostu BOSKIE".

Feed

O tej powieści nie mówiłam. Może to błąd, ponieważ jest obłędna. Spodziewałam się całkowicie czegoś innego, a wyszło milion razy lepiej niż sądziłam. Warto powiedzieć, że miałam wysokie wymagania, a jednak jestem jeszcze bardziej zadowolona. Nie bez powodu jest głośno o tej serii. Świetne jest wszystko; od początku do końca. Poza tym Shaun, który rozwala system. Jeszcze nie kupiłam kolejnej części, ale zrobię to, mam nadzieję, że niebawem. Uwaga! Na końcu śmierć mogąca złamać kilka serc (na szczęście nie moje).





 Kiedy cię poznałam
Drugie spotkanie z Cecelią Ahern. Pierwsze nie było najlepsze i obawiałam się tej powieści. Na szczęście wyszło naprawdę dobrze. Co więcej, to nie są kompletnie moje klimaty, a jednak podbiła moje serce. Dzięki temu nie patrzę już tak krzywo na twórczość tej autorki i chętnie po coś jeszcze sięgnę. Głębsza recenzja KLIK

Trzynaście powodów
Z tego co wiem ta książka jest dość popularna, ale nigdy o niej wcześniej nie słyszałam. Dopiero, kiedy została wznowiona dowiedziałam się o jej istnieniu. Coś nowego, interesującego i głębokiego. Rozprawia o poważnych, ale styl jest przy tym lekki. Nakłania do przemyśleń i naprawdę wciąga. Pisałam o niej dla Redacji Essentia, ale odeszłam przez publikacją, więc nie wiem czy została opublikowana, czy jeszcze nie.

Sześć świętych kamieni
Na powieści tego typu naszła mnie ochota wraz z przeczytaniem Inferno Dana Browna. Szukałam czegoś podobnego, aż tu napatoczyła . Przygoda goni przygodę, akcja nie zwalnia ani na chwilę, bohaterowie są niezwykle charyzmatyczni, powieść napakowana jest zwrotami akcji i nie można czytać inaczej niż z wypiekami na twarzy. Więcej KLIK


Gra Endera
Jest to coś nowego. Oryginalność to ogromny plus. Poza tym zgadza się wszystko, zwłaszcza charyzma głównego bohatera, który jest centralnym punktem wszystkiego, bardziej niż każda inna główna postać. Coś więcej? KLIK

Michael Vey. Więzień celi 25

Na tę powieść miałam ochotę od kilku lat o ile się nie mylę. Chciałam ją kupić, ale jednak tego nie zrobiłam. Sytuacja powtarzała się kilka razy, aż w końcu o niej zapomniałam. Kiedy zobaczyłam ją w supermarkecie na ogromnej promocji musiała do mnie trafić. Spodziewałam się czegoś bardziej ambitnego, ale w żaden sposób nie burzy to całokształtu. Czytałam z wypiekami na twarzy - świetny pomysł i prowadzenie akcji. Połknęłam ją błyskawicznie. Nie znalazła się bez powodu w tym zestawieniu.

Ten jeden dzień

Pierwsza książka Gayle Forman jaką czytałam. Jej debiut był bardzo głośny, ale nie pokusiłam się na jego kupno. Dopiero po tej książce zapragnęłam więcej i po nią sięgnęłam. Może osobno byłaby lepsza, ale w porównaniu z Ten jeden dzień wypadła bardzo blado. Jest także druga część - Ten jeden rok. Również go czytałam i gdzieś na stronie Redakcji Essenta znajdziecie moją recenzję, był bardzo dobry, ale pozostaję wierna poprzednikowi. Głębsza recenzja KLIK (recenzja z okresu, kiedy pisałam dla Essenti, nie tak dawno)

Dzikus

Jest to dziwne. Są strony standardowo zapełnione tekstem ( z błędami i stylem typowymi dla dzieci co jest jak najbardziej zamierzone), a inne to komiks. Interesujące i choć krótkie to piękne. Będę często do niej wracać. Zwłaszcza, że lektura nie zajmuje długo, zaledwie kilkadziesiąt minut, a naprawdę warto.

Koronkowa robota
Lubię od czasu do czasu poczytać jakiś kryminał. Ten jednak wygrywa wszystko. Jest po prostu obłędny. Zachęcił mnie do poznania twórczości tego autora co mam nadzieję zrobić. Perfekcyjnie uknuta intryga i świetny styl pisania. Mocne, krwawe i chore. Psychopata to po prostu ideał. Ukłony w stronę Lemaitre. RECENZJA

Toxic
Czytałam całą trylogię od van Dyken. Całą kocham. Zaskoczeniem było, kiedy okazało się, że pierwsza część którą pokochałam ma jeszcze lepszą następczynię. Jest to zdecydowanie moja ulubiona część. Mądra. Prawdziwa. Fenomenalna RECENZJA

I nie było już nikogo
Jedna z bardziej znanych powieści Agathy Christe. Było to moje pierwsze spotkanie z tą autorką i jak najbardziej udane. Lekkie pióro, fabuła tak obmyślona, że nie można znaleźć ani jednej luki, a zakończenie to po prostu bajka. Nikt się tego nie spodziewał. RECENZJA

Łowcy potworów. Amulet
Jedyna książka polki w moim zestawieniu, co więcej zaledwie 13-letniej. Nie jest to nic ambitnego ani bardzo oryginalnego, ale mimo to pokochałam tę powieść. KLIK

Sekret
Charlotte Bronte to autorka, która kupiłaby mnie nawet opowieścią o zdechłym chomiku. Jej styl to bajka. Nawet jeśli fabuła nie jest najlepsza, co w tym przypadku prawdą nie jest, jej kunszt przekonuje mnie nawet wtedy, kiedy jeszcze go nie miała KLIK

Anatomia kłamstwa
Mój pierwszy poradnik. Nigdy nie miałam na nie ochoty, nie może tam być nic ciekawego. Chyba, że czytamy poradnik o rozpoznawaniu kłamstwa i to od doświadczonych agentów CIA. Dzięki tej książce nie tylko lepiej będziecie rozpoznawać kłamstwa, ale i sami możecie lepiej kłamać wystrzegając się wymienionych błędów. Świetna. KLIK

Will Grayson, Will Grayson
Książka o problemach, akceptacji i zaskakujących znajomościach. Nie pisałam o niej, ale powiem jedno - mimo, iż napisana w duecie z osławionym Greenem, to nie on jest lepszy. Ta powieść znalazła się w tym zestawieniu głównie z powodu drugiego z autorów. Naprawdę warta poznania.

To już wszystko co najlepsze w 2015 roku. Szkoda, że musiałam się ograniczać, ale udało się. Czytaliście którąś z nich? A może jakaś znalazła się w Waszym zestawieniu najlepszych?

wtorek, 5 stycznia 2016

Nowa jakość



Moi drodzy!

Jeśli jesteście tutaj już któryś raz, dobrze wiecie jak wygląda wszystko na moim blogu. Nie chodzi mi o nic konkretnego, a o całokształt. Zmieni się nie wiele, ale jednak będzie nieco inaczej.

Po pierwsze - nowy design. Nie każdemu się spodoba. Może biała czcionka na czarnym tle męczy oczy po jakimś czasie, ale nie oszukujmy się - nikt nie przesiaduje tu godzinami. Mnie bardzo odpowiada i mocno różni się od poprzedniego.

Po drugie: nowe posty. Książki nadal będą głównym tematem, co do tego nie ma wątpliwości. Jednak od czasu do czasu, częstotliwość może się bardzo zmieniać, wtrącę post o mnie, o filmach, o muzyce, świnkach morskich - krótko mówiąc o wszystkim co przyjdzie mi do głowy. Może nie brzmi to szczególnie, ale nie obawiajcie się - to nie będzie blog monotematyczny z serii "o wszystkim i o niczym".

Po trzecie: ostatnio bardzo niewiele udzielałam się na blogu. Teraz się to zmieni i z powrotem postaram się poświęcać więcej czasu na pisanie. Nie gwarantuję, że będzie to tak częste jak kiedyś, ale teraz kiedy mam pole do popisu, nie tylko książki, energia do mnie powraca.

Po czwarte: nowe logo bloga. Patrz punkt pierwszy.

Po piąte: wpadaj tu czasem. Pamiętaj, że Ty tworzysz tego bloga. Bez ciebie go nie ma. Bez ciebie jest tylko kolejnym nic nieznaczącym elementem internetu. Z tobą jest czymś więcej. Dziękuję, że jesteś i proszę - bądź nadal.

Ps. Dziękuję Bellatrix Lestrange za nowe logo, zmotywowanie mnie do zmiany wyglądu bloga, zainspirowanie do zmian i wszystko inne. Tak ogólnie. TUTAJ macie link do jej instagrama. Zajrzyjcie.

Dziękuję za uwagę.

środa, 23 grudnia 2015

Alfred Jarry przewraca się w grobie, czyli Ubu Król - karykatura



Ubu król to dzieło stare, znane i bardzo ważne, gdyż od niego zaczęły się wszystkie eksperymenty literackie XX wieku. Sama nigdy nie spotkałam się z tą książką, ani nawet o niej nie słyszałam - czym jest, wiem bowiem tylko z internetu. Jednak korporacja Ha!art dała mi szansę na zapoznanie się z tym dziełem. Tak jakby.

Książka trafiła do mnie właściwie przypadkiem. Z zainteresowaniem ją otworzyłam, jednak mój zapał zgasł już po zaledwie kilku stronach. Trzecie polskie tłumaczenie. Tłumaczenie przez translator google. Trudno uwierzyć, prawda? To nigdy nie powinno mieć miejsca.

Translatore google jakże ograniczony i nadto dosłowny i wybitne dzieło. To nie mogło się skończyć dobrze. W swym ubóstwie tłumacz nie przełożył wielu słów, znaczenia były pomylone, a słowo "gramatyka" jest jak z kosmosu. Bardzo to wszystko utrudnia. Co więcej, jest to spisane słowo w słowo. Żaden człowiek nie miał wpływu na nic. Trochę mnie to dziwi, chociaż domyślam się jaka była idea. Mimo wszystko ktoś powinien postarać się, aby czytelnik mógł domyślić się kontekstu zdania. Nie mówię tu nawet o gramatyce ani czymkolwiek co poprawnie używanie jest w języku polskim, ale wspomagacz naprawdę by się przydał.

Przyznaję się bez bicia - nie przeczytałam tej książki i nigdy tego nie zrobię, a na pewno nie w tej wersji. Uwierzcie, próbowałam zmierzyć się z nią kilka razy, wytrwałam parę stron kompletnie nic z tego nie rozumiejąc, ale to na nic. Nie ruszę dalej. Oczywiście mogłabym, ale jaki jest tego sens? Mam wrażenie, że więcej zrozumiałabym czytając to w oryginale, choć nie umiem nawet słowa w tym języku. Wolałam raczej wziąć się za coś innego. Z czego zrozumiem chociaż tytuł.

Ogólnie rzecz ujmując jest to całkowity niewypał. Nie mam pojęcia kto wpadł na taki pomysł, a kto, jeszcze większy geniusz, postanowił to zrealizować i wydać marnując pieniądze. Nigdy nie wydałabym ani grosza na coś takiego. Z przykrością muszę stwierdzić, że nawet okładka to koszmarek. Chociaż wytężam umysł starając się znaleźć chociaż jeden pozytyw w tej karykaturze książki, nic nie przychodzi mi do głowy. Alfred Jarry przewraca się w grobie.





Za książkę dziękuję:

czwartek, 17 grudnia 2015

Kto zabił króla?, czyli "Czytanie z kości" - Jakub Szamałek



Jeszcze nie spotkałam się z Jakubem Szamałkiem i zdecydowałam się przeczytać tą książkę właściwie tylko ze względu na okładkę. Może to mała hipokryzja, ale cóż... Jak więc Czytanie z kości wypadło w moich oczach?

421 p.n.e.:Leochales wpadł w kłopoty, ma długi, jego żona go zdradza z niewolnicą, a on jest już nie młody. Pewnego dnia pojawia się u niego książę Aranth, który prosi go o pomoc w odnalezieniu mordercy ojca w zamian za sowitą zapłatę, której Leochales bardzo potrzebuje. Mężczyzna zgadza się, jednak jeszcze nie przeczuwa, że sprawa ma drugie dno, a na jaw wyjdą tajemnice, o których nikt nie miał pojęcia. 2015 n.e.:Inga Szczęśna, po studiach archeologicznych nie wie co zrobić dalej ze swoją karierą naukową. Instytucje, do których pisała odmówiły. Jej jedyną nadzieją jest prezentacja, która przyciąga zaledwie cztery osoby. Inga zrezygnowana próbuje znaleźć inny sposób. Pewnego dnia dzwoni do niej jednak pewna kobieta, która zauważyła coś ciekawego w jej prezentacji. Razem jadą badać szczątki starożytnego człowieka, a na jaw wychodzą bardzo zaskakujące fakty.


Nie wiem czy to całkowita hibernacja moich komórek dedukcji, brak wczucia w powieść, czy po prostu Jakub Szamałek nie umie tego robić, ale obiecane "zmuszenie czytelnika do odkrycia zabójcy" kompletnie tutaj nie zadziałało. Może pod koniec coś z tego mogłoby istnieć, gdyby nie to, że wskazówki były tak oczywiste, a odpowiedź tyle razy wcześniej wspomniana, że kompletnie traciło to swoją istotę. To chyba najbardziej mi nie pasowało, reszta była poprawna, bo wyżej raczej nie mogę tego ocenić.

Kolejnym, właściwie również fabularnym minusem było to, że w opisie na okładce wyraźnie pisze, że są to równolegle prowadzone dwa śledztwa, które dzieli 2000 lat. Trochę nie na miejscu jest więc to, że śledztwo w starożytności grało tu pierwsze skrzypce, a to w czasach współczesnych przerywało od czasu do czasu ciąg rozdziałów o detektywie Leochalesie. Był to jednak element całkowicie zbędny i właściwie nic nie wnoszący, właściwie to mogę powiedzieć, że mi przeszkadzał.

Styl pisania natomiast jest plusem. Może nie było to mistrzostwo, ale czytało się przyjemnie i w miarę szybko. Jakub Szamałek zdecydowanie wiedział o czym pisze, jeśli chodzi o archeologie. Na pierwszy rzut oka widać, że to lubi. Dobrą stroną jest także to, że choć większość wydarzeń jest zmyślona, to ma ona swoje podłoże w życiu autentycznego człowieka starożytności.

Bohaterowie natomiast byli niekiedy bardzo różni. Leochales, główny bohater. Z ciekawą przeszłością, poważnymi kłopotami i darem dedukcji. Aranth, który pomagał mu w rozwiązywaniu zagadki jest barwny i kryje wiele tajemnic, polubiłam go najbardziej. Jego matka też ma w sobie jakąś tajemnicę, jak zresztą większość postaci w tej powieści. Przenosimy się jednak do współczesności i tutaj niespodzianka - bezbarwni, papierowi i nie da się nie zauważyć, że przyłożono do nich mały nakład pracy. Odniosłam wrażenie, że to tylko szkice. Zresztą to samo mogę powiedzieć o całym wątku umieszczonym we współczesnym świecie.

Podsumowując: można przeczytać, ale nic to nie wzniesie, jest ryzyko, że nie będzie to miłe spotkanie. Jako tako powieść wypada blado w perspektywie tego co obiecywała okładka, a wśród innych jest mocno średnia z nakierowaniem na kiepska. Natomiast styl pisania spodobał mi się i sama raczej nie kupię innej powieści Jakuba Szamałka, ale jeśli w inny sposób trafi w moje ręce - czemu nie. Mocne 2/10




Za książkę dziękuję:

niedziela, 13 grudnia 2015

Autor nieznany: Dzieje Tristana i Izoldy



Tristan i Izolda. Izolda i Tristan. Wielu twierdzi, że jest to najlepszy poemat miłości wszech czasów. Romantyczny - tak i to bardzo. Naprawdę piękna historia, ale zakłamana. Miłość idealna, czysta, ale napotykająca wiele trudności.

Tristan - dzielny rycerz, zostaje wysłany w poszukiwaniu dziewczyny, której włos królowi Markowi przyniosły ptaki. Tristan odnajduje złotowłosą. Kiedy wracają, na statkach dzieje się coś, co odmieni życie wielu ludzi. Tristan i Izolda piją wspólnie eliksir miłości przeznaczony dla niej i króla Marka, za którego ta ma wyjść. Tych dwoje nie może bez siebie żyć, a przygotowania do ślubu z królem już prawie zakończone. Izolda wypełnia swój obowiązek, a miłość Tristana i Izoldy zostaje w ukryciu.

Miłość dwójki głównych bohaterów, tak zakłamana, ponieważ spowodowana eliksirem zuchwale rani wszystkich wokół, w tym głównych zainteresowanych. Ta relacja nie ma racji bytu. Przez to król Marek darzący zaufaniem i miłością Tristana oraz Izoldę zostaje oszukany, podobnie jak dworzanie i poddani. Wielu może gorąco będzie kibicować uczuciu tytułowych bohaterów, ale nie ja. Jest to wyjątkowo samolubne. Oczywiście, to właściwie nie ich wina, tylko eliksiru, można by rzec. Ale miejmy na uwadze, że mogło być wiele wyjść z tej sytuacji, gdzie cierpiałaby dwójka ludzi, a nie dużo więcej,co bardziej by się opłaciło. Jak już wspomniałam zakochani i tak nie mieli łatwo, a po drodze zranili wiele ludzi, którzy im ufali i nie tylko.

Autor choć właściwie nieznany, wkłada za duży nacisk na słuszność relacji głównych bohaterów, ponadto na niemal każdym kroku usprawiedliwia ich działanie, co jest jak dla mnie, niedorzeczne. Ten aspekt bardzo mi się nie podobał. Egoistyczne trzęsienie się nad nieszczęśliwym losem kochanków nie jest fajne i bardzo nie fair.

Powieść napisana jest starym językiem, mistrzowsko przełożonego przez znanego wszystkim Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Co ciekawe, moje obawy co do odbioru tej książki, były nieuzasadnione. Bardzo szybko mi się ją czytało i z rozkoszą zatapiałam się w ten dawny świat. Historia sama w sobie jest naprawdę ciekawa i bardzo wciąga, minusem jest tylko właśnie wyżej wspomniane samolubstwo głównych bohaterów. Co do ogółu postaci, byli przyzwoicie wykreowani. Bliżej nie było nam dane poznać wielu, ale to co wiemy w zupełności wystarcza do stwierdzenia, że ta część nie jest zła.


Cieszę się, że wydawnictwo MG postanowiło wznowić historię Tristana i Izoldy. Gdyby nie to, zapewne nigdy sama nie sięgnęłabym po tę książkę. Jest oczywiście świetnie wydana. Jej twarda okładka jest cała różowa, a grafika na przedniej stronie okładki jest minimalistyczna i sugestywna. Książka pięknie wygląda na półce. Trochę ciężko było mi się na początku przyzwyczaić do czcionki, z którą nie spotykam się zbyt często. Ponadto karty powieści urozmaicają ilustracje. Nie są one może wybitne, i raczej to szkice, ale i tak wielki plus za nie.

Podsumowując, książka jest naprawdę warta uwagi, zwłaszcza w odnowionym przepięknym wydaniu. Może irytować to, że autor jest po stronie kochanków, ale oprócz tego dobrze się bawiłam. Dramatyczne, choć nieco naciągane (chodzi o Izolde, kto przeczytał, ten wie) zakończenie jest wisienką na torcie. Nie żałuję ani jednej chwili spędzonej z tą lekturą.



Za książkę dziękuję:

niedziela, 6 grudnia 2015

Zabójcze prosiaczki, czyli "Mówca Umarłych" - Orson Scott Card



Grę Endera recenzowałam niedawno, była to pierwsza część serii Orsona Scotta Carda. Obawiałam się czytać kolejne części. Miałam świadomość, że będzie to kompletnie coś innego niż pierwsza część, a z dorosłym Enderem nic nie będzie takie samo. Górę jednak wzięła ciekawość i oto jest Mówca umarłych.
Spodziewałam się, że nie będzie to jak typowa kontynuacja, ale gdybym nie była pewna co trzymam w ręku, mogłabym pomyśleć, że czytam książkę innego autora, z pierwszą częścią połączoną jedynie wspólnym bohaterem. Przyznam, na początku byłam trochę zawiedziona, że aż tak różni się to stylistycznie, ale nie trwało to długo. Po chwili utonęłam.

JEŚLI NIE CZYTAŁEŚ PIERWSZEJ CZĘŚCI, OMIŃ PROSZĘ NASTĘPNY AKAPIT ~ODDZIELONY KRESKAMI


| Po tym jak Ender, najbardziej przeklinany człowiek od wieków, zniszczył całą cywilizację robali, ludzkość napotyka kolejne myślące istoty. Ale to przecież prosiaczki... czy coś może się stać? |


Nie pokuszę się o stwierdzenie, że ta powieść podobała mi się bardziej, gdyż są tak różne, że błędem byłoby je porównywać. Mówca umarłych to już nie po prostu science fiction, to coś bardziej dojrzałego na, w jakiś sposób, wyższym poziomie. Kolejna wielopoziomowa opowieść, równie genialna.

Kiedy pierwsza część odniesie sukces, autor chce przedłużyć lub podbić popularność bohatera. Często okazuje się to fiaskiem. Na szczęście tym razem nie miało to miejsca. Z ręką na sercu, gdyby pan Card to zepsuł, byłabym naprawdę zła, mówiąc delikatnie.

Znowu magia, bardzo prawdziwi bohaterowie, wciągająca historia, zwroty akcji i gorączkowe przewracanie stron z wypiekami na twarzy. Tą książką można się albo delektować, czytając co prawda długo, ale nie z powodu kiepskości, albo połknąć w kilka godzin. O ile Gra Endera zajęła mi długo, Mówcę umarłych pożarłam w kilka dni.

Co prawda nie od razu wdrożyłam się w świat wykreowany przez Orsona Carda. Może wydaje się, że w kontynuacjach nie powinno już być problemu, ale autor wyrzuca nas trzy tysiące lat później. Do tego trochę hiszpańskich słówek i nazewnictwa, co na początku dezorientuje i być może trochę irytuje, ale po chwili przyzwyczaiłam się do niego i popłynęłam.

Z pewnością nie jest to ostatnie moje spotkanie z twórczością Carda. Obawiam się następnych części. Co może mnie jeszcze zaskoczyć? Teraz spodziewam się wszystkiego.

Polecam gorąco! Ale oczywiście najpierw zapraszam do lektury Gry Endera, o której więcej piszę TUTAJ





Za książkę dziękuję:

wtorek, 1 grudnia 2015

Dzieci zabijają się nawzajem, czyli Gra Endera - Orson Scott Card



Gra Endera to książka, na którą namawiała mnie przyjaciółka. Podobała jej się ogromnie i zachęcała mnie do lektury zapewniając, że będzie to coś niesamowitego. Podczas kiedy sama czytała, od czasu do czasu przysyłała mi fotografie najciekawszych momentów. Nie trzeba było długo mnie przekonywać i dopisałam ją do długiej listy książek do przeczytania. Starałam się ją upchnąć gdzieś na początek i z ochotą zostałam. Przez jakiś czas nie mogłam jej zdobyć, a może podświadomie bałam się zniszczyć idealny obraz namalowany przez opinię mojej przyjaciółki. Pewnego dnia, pamiętam, że był to Dzień Blogera, wydawnictwo Prószyński i S-ka w prezencie zorganizowało świetną promocję - każdemu blogerowi, z którym współpracowali, wysłali kod, dzięki któremu mogłam kupić książki w ich księgarni za połowę ceny. Obiecałam sobie, że ograniczę kupno książek, ale oczywiście takiej okazji nie mogłam przegapić, więc poszperałam na stronie i znalazłam właśnie Grę Endera. Wcześniej nie miałam pojęcia, że został wydany przez właśnie to wydawnictwo, ale wzięłam to za dobry omen. Po kilku dniach przyjechał kurier. Odpakowałam książkę, wstrzymałam oddech i zaczęłam czytać.

Daleka przyszłość. Świat jest na zupełnie innym poziomie technologicznym. Zmieniło się i zdarzyło wiele. Podczas często burzliwych dziejów, ludzie dowiedzieli się, że nie są sami. Zaatakowały ich robale, inteligentne i myślące istoty. Ludzie z trudem wygrali wojnę dzięki genialnemu dowódcy - Mazarowi Rachamowi. Po latach rząd nadal szkoli żołnierzy do ewentualnej wojny z robalami. Odkryli, że najlepiej i najszybciej wiedzę przyjmują dzieci, które zostają rekrutami w morderczej Szkole Bojowej. Kiedy ciemne chmury znów zaczynają zbierać się nad ludzkością, jedynym, który może ich uratować jest małe dziecko.

Z rozkoszą zagłębiałam się w misterny i oryginalny świat wykreowany przez autora. Świat, w którym genialne dzieci są w wojsku. Świat, który żyje w trwodze przed atakiem robali. Świat, którego jedyną nadzieją jest dziecko.

Głównym bohaterem jest Ender. Ma on siostrę, która bardzo go kocha i brata, który go nienawidzi. Ender jest Trzecim. Rząd wprowadził ograniczenie do ilości dzieci, jakie można posiadać, więc Ender narodził się tylko za niechętną zgodą władz. Kiedy go poznajemy ma sześć lat. Zostają w nim dostrzeżone zadatki na dowódcę, który może poprowadzić floty do wojny. Zostaje zabrany do Szkoły Bojowej, gdzie spędza kolejne lata swojego życia szkoląc się. Ender jest mieszanką rodzeństwa - jego siostra, zbyt łagodna, jego brat - zbyt okrutny. On musi znaleźć złoty środek. Ludzie wymagają od niego coraz więcej, robią wszystko, aby było mu jak najtrudniej, a czas się kończy. Dziecko, a na jego barkach cały świat. Czy wytrzyma obciążenie fizyczne i psychiczne? Czy da rade stawić czoło przeciwnością? Los zrobi wszystko, aby odpowiedz brzmiała nie. Ender, a tak naprawdę Andrew, chodź nikt tak na niego nie mówi, jest bardzo interesującą postacią. Ma silny charakter, jest diabelnie inteligentny, ale w głębi duszy nadal pozostaje tym kim jest naprawdę - bezbronnym dzieckiem. Bohaterowie w większość są dziećmi - autor jednak sprawił, że gdybym nie wiedziała, nigdy nie stwierdziłabym ile mają lat. Ba! Nawet czasem się zapominałam. Nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale nie przeszkadzało mi to. Bardzo ciekawym było "posłużenie się" bardzo młodymi ludźmi. Dzięki temu ich kreacja wypadła oryginalnie, a co najważniejsze, prawdziwie i niebanalnie. Choć mówię tu ogólnie o bohaterach, najważniejszym z nich jest Ender. To jego poznajemy najlepiej, wokół niego krążą wszystkie wydarzenia, ale nie mógłby istnieć bez postaci drugoplanowych. Alai, Groszek, Petra, a nawet Bonzo... może te imiona nic Wam nie powiedzą, ale to jeszcze jeden powód, aby wziąć się za tę książkę - musicie wiedzieć kim są.

Autor Gry Endera pisze w sposób prosty, ale w jakiś sposób niebanalny. Jest to coś nowego, ale bardzo przyjemnego. Ta zawiła historia, bo właśnie taka ona jest, została klarownie przedstawiona i wszystkie nowości oraz elementy świata przedstawionego, choć było ich dużo, nie nudziły, co nieraz się zdarza. Science fiction to nie mój gatunek, ilość powieści z tego gatunku, które przeczytałam można policzyć na palcach jednej ręki, jednak Gra Endera, to było zdecydowanie coś dobrego.

Polecam wszystkim nie zależnie od upodobań - znajdziecie coś dla siebie, wieku - może poczynając od dwunastu lat, płci - na pierwszy rzut dla chłopców, a jednak mi się podobała. Musicie to przeczytać.

Ps. Ekranizacja jest dobrym filmem, ale zdecydowanie nie pod względem adaptacji powieści